
Ekipa Radwańskich wyleciała już dzisiaj do Australii, gdzie za tydzień siostry rozegrają swój pierwszy mecz. Agnieszka wystąpi w turnieju głównym Medibank International, a Ula będzie próbowała "przebić" się przez eliminacje.
Turniej w Sydney dla Radwańskich, podobnie jak dla innych tenisistek z czołówki, będzie przede wszystkim próbą generalną przed rozpoczynającym się w trzecim tygodniu stycznia wielkoszlemowym Australian Open.
W Sydney Radwańscy zjawią się dopiero w środę, podróż będzie trwała łącznie kilkadziesiąt godzin.
Raz pobiliśmy rekord i lecieliśmy tam w sumie 40 godzin, oczywiście licząc przesiadki. Jeśli tym razem zmieścimy się w "trzydziestce", będzie dobrze. Tak naprawdę gdyby nie Australian Open, w ogóle nie polecilibyśmy tam grać, bo takie zmiany czasowe i klimatyczne, to przewrócenie rytmu biologicznego - mówi Radwański.
Moim zdaniem córki mają szansę, by w Australian Open zajść daleko. Dla Uli przejście każdej z rund już będzie sukcesem, Agnieszka celuje wyżej. Minimum to ćwierćfinał, ale jeśli chce w tym sezonie awansować do najlepszej piątki rankingu, musi przełamać tę barierę i zagrać w półfinale. Czy to realne? Nie wiem, konkurencja jest duża. Przypominam, że do gry wracają dwie Belgijki a i Szarapowa też się odgrażała - twierdzi trener.
Listopad i grudzień minęły mi strasznie szybko. Gdybym, odpukać, była wyłączona z gry przez rok, na przykład z powodu kontuzji, może wtedy zaczęłoby mi czegoś brakować, ale nie po paru tygodniach - przyznaje Agnieszka Radwańska.
Lubię Australię, ale pora na grę jest faktycznie fatalna. W Polsce temperatura wynosi w tym czasie około minus dziesięć, a tam pięćdziesiąt stopni na plusie. Ciężko się przestawić. Pierwsze treningi to walka z samym sobą, po 20 minutach spędzonych na korcie widzi się podwójnie - kończy Urszula Radwańska. |