
Ponad trzy godziny trwał pojedynek Agnieszki Radwańskiej z Shuai Peng w II rundzie wielkoszlemowego turnieju na trawiastych kortach Wimbledonu.
Jak mówiła Agnieszka po meczu, jest na siebie wściekła za horror jaki w tym meczu sobie zgotowała.
Najważniejszy jest wynik końcowy. Nieważne jak, ważne, że do przodu! Na pewno jestem trochę wściekła, że zrobiłam taki mecz. Sama jestem sobie winna, że zamiast być na korcie 1,5 godziny byłam ponad 3 godziny. Koleżanki żartowały ze mnie w szatni. Jak się prowadzi wyraźnie, a wygrywa 9:7 w trzecim secie, to można usłyszeć szydercze "Well done" - opowiada Agnieszka Radwańska.
W drugim secie Peng była pod presją i zagrała dużo lepiej niż na początku, popełniała mniej błędów. Nerwy u mnie były, ale nie przez punkty, których bronię w Londynie, tylko sytuację na korcie. Chinka broniła kolejne meczbole, to był mecz na "stykach" - ciągnie tenisistka.
Nie panikowałam, bo w tenisa gram 15 lat i wiem, że koniec jest po ostatniej piłce. Nieważne, czy wcześniej było 5:0 czy 6:5. Za dużo grałam już takich spotkań. Jako 20-latka mam już doświadczenie w takich spotkaniach. Takiego horroru w Szlemie chyba nie grałam, choć zeszłoroczny mecz z Kuzniecową był porównywalny - uznała 'Isia'.
Debel? Przegrałyśmy z mocną parą. Pietrowa świetnie serwowała. Singiel jest najważniejszy. Na Li obok Jie Zheng to najlepsza Chinka. Dobrze gra na trawie, jest wysoko w rankingu, więc zapowiada się trudny mecz. To czołowa zawodniczka. Mimo, że często łapie kontuzje, potem wygrywa turnieje - mówi Agnieszka.
W piątek ma padać, w sobotę może też. Mam nadzieję, że zdążę odpocząć. Moja forma w tym roku? Są inne przeciwniczki, trudniejsze losowanie. Wtedy grałam bardzo dobrze, bo wracałam po kontuzji, byłam na zupełnym luzie. Forma jest jednak podobna - kończy Polka. |