
Agnieszka Radwańska przyznała, że porażka w drugiej rundzie tenisowego turnieju wielkoszlemowego na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa w Paryżu z Jarosławą Szwedową jest wyłącznie jej winą.
Nie potrafię skomentować tego meczu. Po prostu nie zrobiłam dzisiaj chyba nic, by wygrać, a ona grała naprawdę dobrze. Niczym mnie nie zaskoczyła, bo znam ją dobrze i grałam już z nią. Po prostu była dzisiaj lepsza, a to nie był mój dzień. To wszystko - powiedziała po meczu Radwańska.
Po tych wszystkich setbolach myślałam, że uda mi się wygrać seta, ale tak się nie stało. Gdybym go wygrała, to pewnie później wszystko potoczyłoby się trochę inaczej. Niestety w drugiej partii ona za szybko mi uciekła i nie dała możliwości powrotu - usprawiedliwia się Polka.
Pojedynek ten był początkowo zaplanowany na godz. 11.00, ale z powodu ulewnego deszczu rozpoczął się dopiero tuż przed godziną 16.
Nie jest miło, kiedy się kilka godzin czeka na mecz w szatni, bo wtedy trudno coś zaplanować, nawet posiłek. Dzisiaj z innymi zawodniczkami grałyśmy w pokera. Nie na pieniądze, tylko na kapsle, a ja byłam druga. Wygrała Jarmila Gajdosova.
Radwańska, po przegranej pierwszej partii, była wyraźnie rozbita i oddała niemal bez walki cztery kolejne gemy. Swoją złość i rosnącą frustrację wyładowywała głośno wypowiadanymi uwagami do siebie i w kierunku ojca-trenera Roberta Radwańskiego siedzącego na trybunach.
Ten zaczął wyliczać jej liczbę źle zagranych dropszotów, potem dla odmiany zepsutych returnów, co spotkało się z natychmiastową ripostą:
Zamknij się. Idź stąd i zostaw swoją matematykę w domu.
Przy kolejnych jego kąśliwych uwagach odpowiedziała:
Jeszcze liczysz?! i dalej padły już niezbyt dyplomatyczne słowa.
|