
Robert Radwański przyznał, że po bardzo emocjonującym meczu, w którym Agnieszka Radwańska pokonała Chinkę Shuai Peng w II rundzie Wimbledonu, jeszcze długo po meczu serce biło mu jak dzwon.
Ten mecz mógł się zakończyć trzema innymi wynikami. Mogło być 6-2, 6-2, lub 6-2, 7-6, bądź 6-2, 6-7, 6-3. Agnieszka chciała sobie chyba trochę potrenować, poserwować na trawie i potrzymać w napięciu kibiców w Polsce. Żartuję oczywiście, ale serce nadal mocno mi bije. Nie było to może świetny pojedynek, ale jest do przodu. Aga ma w nogach 3-setowy dreszczowiec, na szczęście z happy endem, a niebawem czeka nas debel sióstr - powiedział Robert Radwański.
Jutro chyba dzień przerwy, więc Agnieszka odpocznie, ale w sobotę znów ciężki bój z kolejną Chinką Na Li. Ewidentnie było widać, że Isia grała pod presją, że brakowało jej tego "luzu". Broni punktów, podejrzewam, że cały czas ma to w głowie. Gdyby przegrała znów spadłaby o kilka miejsc w rankingu. Łatwiej zdobyć punkty, niż potem je obronić - ciągnie trener.
Słynęła z tego, że się nie denerwuje, a tu było masę sytuacji, które ją irytowały. Najważniejsze, że przełamała złe emocje i wygrała. To się liczy. To chyba trudniejsze niż wygrać w dwóch setach - uznał Pan Robert.
Chinka grała bez kompleksów. Zawodniczki z Chin są sprawne, dobrze biegają. Chińczycy to solidna firma, podobnie jak Rosjanie. Nawet, jeśli gra się z kimś z kadry "C", to prezentuje on solidny tenis - dodał Robert Radwański. |